wtorek, 14 grudnia 2010
Systematyczność nigdy nie była (i pewnie nigdy nie będzie) moją mocną stroną. 1) Wigilia Świąt Bożego Narodzenia (Nochebuena), Kolumbia, 2008, reżyseria: Camila Loboguerrero Oryginalność: 4* (gdyby nie obecność telefonów komórkowych pomyślałabym, że akcja dzieje się w XIX wieku) 2) Och, życie (Life as we know it), USA, 2010, reż. Greg Berlanti Oryginalność: 5 (w tym przypadku nie znaczy, że to dobrze) Historia: 1 (co to za pomysł?! Dwoje nienawidzących się singli dostaje pod opiekę półroczne dziecko tragicznie zmarłych przyjaciół. Źle zagrane. Zdaje się, że tylko dziecku jest przykro, że umarli jego rodzice… nikt inny tu nie przeżywa żałoby). 3) Rzut kamieniem (A tiro de piedra), Meksyk, 2010, reż. Sebastian Hiriart Oryginalność: 3 Historia: 4 (nierealność dość realna jak na Meksyk, chwilami przykrawa) 4) Październik (Octubre), Peru, 2010, reż. Daniel i Diego Vega Vidal 5) Harry Potter i insygnia śmierci Daję duże, zasłużone JEDEN. Gdyby nie moje doborowe towarzystwo, pewnie bym wyszła w połowie (a film jest okrutnie długi – 3h). Podobał mi się jeden fragment – ilustracja bajki z morałem, o śmierci. 6) Paraiso Travel, USA, Kolumbia, 2008, reż. Simon Brand Kto czytał ksiażkę Jorge Franco, ten oglądać nie musi. Kto nie czytał – niech przeczyta. *Skala: 1-5
niedziela, 14 listopada 2010
Kto kocha „Amelię” pokocha także Bazyla. Bazyl to indywidualista, który tak jak Amelia, lubi marzyć. Pech chce, że zostaje przypadkowo postrzelony w głowę. Lekarze, dla dobra pacjenta, postanawiają nie usuwać pocisku. Poszkodowany postanawia się zemścić… a ponieważ nie zna sprawcy, wybór pada na producenta broni. I tak, jak przypadkowy jest trzon opowieści, równie przypadkowe stają się spotkania z grupą „szczęśliwych inaczej” powierników Bazyla. Wśród zacnego grona złomiarzy jest gimnastyczka, która wygięta w mostek siedzi w lodówce, dziewczyna-miarka, szalony konstruktor, człowiek pocisk i jeszcze kilkoro innych interesujących mieszkańców podziemnego Paryża. Zemsta jest słodka i zabawna. Kpina z wielkiego świata biznesu i farsa są także tu obecne. Osobliwa abstrakcja obecna w filmie ubiera widza w dobry nastrój i pozwala na delikatne zanurzenia w świat marzeń.
Paryż, X 2010
Aha i jeszcze jedno - moja ulubiona scena, to ta z piekłem przy wietrze z Moulin Rouge - mistrz!
środa, 03 listopada 2010
Zadziwiająca kampania marketingowa. Doskonała obsada. Wyśmienity dobór słów w zapowiedziach i recenzjach. A sam film? No cóż, raczej rozczarowujący. Pomysł na opowiedzenie historii bynajmniej nie jest nadzwyczajny, choć podobno oparty na faktach. Kto z nas nie wyobrażał sobie własnego pogrzebu? Najczęściej chyba myśli się o tym będąc uczestnikiem takiej ceremonii, w charakterze żałobnika. Chociaż myśląc praktycznie - po śmierci, to już raczej głównemu bohaterowi wszystko jedno jak wygląda taka „impreza”. W filmie… stypa posłuży do, nie tyle wyrównania rachunków, co do globalnej spowiedzi z życia. Wyznania, które ma przynieść oczyszczenie. Dla bystrego widza zakończenie historii, a właściwie jej początek w retrospekcji, staje się przewidywalny, co najmniej w połowie filmu. Później to już tylko czekanie – jak reżyser to rozwiąże, a raczej w jakim tonie. A ten jest bliski pokucie i żalowi. To, co doceniam w filmie Aarona Schneidera, to przede wszystkim gra Billa Murray’a, którego uwielbiam. Poza tym poruszony został ciekawy temat poczucia winy. Myślę, że wiele osób, żyjąc z takim poczuciem, zablokowuje się na całe lata przed zmianami. Czy łatwo jest pozwolić sobie na dobre gesty i zdarzenia, na pozytywne momenty w życiu przepełnionym stałym obwinianiem się? Zupełnie nie przemówiła do mnie atmosfera filmu. Wiem, że zabieg „dłużyzny” jest w pierwszej części filmu celowy, co by widz mógł utożsamić się z codziennością bohatera, ja jednak preferuję inny poziom rażenia empatią.
ta pani jest cudowna - ma więcej lat niż mogłoby się wydawać... jest pełna życia i każdego dnia po portugalskich chodnikach przemierza długie kilometry! Zupełnie nie wiem czemu akurat o niej pomyślałam :-)
poniedziałek, 18 października 2010
Zaintrygowała mnie recenzja, na którą natknęłam się w jednej z gazet. Była, ku mojemu zdziwieniu, bardzo pozytywna. A ponieważ Fejsbuk stanowi jeden z obszarów moich zainteresowań zawodowych, które potocznie nazywa się obowiązkami, postanowiłam obejrzeć film o narodzinach tego medium. Przy wejściu do kina zasłyszałam rozmowę dwóch pań: „ a czy ty uważasz, że ja wiem, co to jest fejsbuk”? Rozbawiło mnie to, bo nawet jeśli równolatkowie moich rodziców nie mają kont na FaceBooku, to na pewno o nim słyszeli. Fenomen nagłego wzrostu portalu przypomina epidemię grypy. Nie sposób jej powstrzymać a „zarażanie” dzieję się gdzieś niezauważalnie, mimochodem. To globalizacja w najbardziej wysmakowanym gatunku – pełna konsumpcjonizmu, przekraczania granic, a właściwie ich zanikania, łatwości nawiązywania znajomości, a to wszystko okraszone aurą rozrywki. Film jest bardzo dobrze skonstruowany. Ogląda się go z przyjemnością – jest zabawny, ale uwaga - nie wszystkie dowcipy trafiają do publiczności, co może świadczyć o podwyższonym poziomie wysmakowania humoru.| Pamiętam jak z moimi koleżankami z roku na „algorytmach i strukturach danych” marzyłyśmy o czymś takim… tylko zabrakło nam wiary w spełnienie, bo wyalienowanych geniuszy, z problemami "socjalizacyjnymi", na matmie nie brakuje! Polecam, nawet tym spoza społecznościowej sieci, bez kont na „fejsie”.
Jeśli masz ochotę pośmiać się z głupawej historii, to ten film odpowie na Twoje potrzeby. Mnie wyciągnął z bardzo ponurej aury po pogrzebie i przepłakanym dniu. Czasem dobrze jest uwolnić myśli, dać im trochę wytchnienia. Prosta historia, z Vanessą Paradis i jej uroczą diastemą. Dla miłośników „szparek” między jedynkami – niewątpliwie jest to gratka.
To wszystko co sądzę o tym filmie. Pieniądz nie śpi... namnaża się dzięki takim filmom. Z pochyloną głową przyznaję się do zaniedbania. Niepisanie jest niewytłumaczalne i tak samo zaskakuje jak chwilowy, mam nadzieję, brak potrzeby obcowania z kinem. Podejrzewam, że powodem jest nadmiar „przygód” głównej bohaterki mojego życia. Ale do konkretów. Tak wiele razy, z niezliczoną liczbą znajomych, rozmawiałam o filmie „Wszyscy inni” (Alle anderen reż. Maren Ade), że nagle poczułam przesyt nadinterpretacyjny. Ku mojemu zdziwieniu każdy mówił o filmie coś innego… tak, jakbyśmy widzieli zupełnie inne produkcje... dla jednych główna bohaterka była dziwolągiem, dla innych leniwą głupią panienką, a mnie kogoś bardzo przypominała. Jej wrażliwość, nietuzinkowe pomysły na urozmaicenie czasu spędzanego z nudnym, do granic wytrzymałości, partnerem… A skoro o nim mowa – to także postać budząca wiele refleksji i emocji. Mnie pozostawił z poczuciem, że liczba kompleksów, które nim rządzą nie pozwala żyć szczęśliwie, zgodnie z marzeniami. To nic szczególnego – takie zachowanie dźwiga co dnia niejeden z nas. Chłopak stojąc przed szansą zmiany – zwyczajnie tchórzy. Wakacje, miła wyspa, szczęśliwa para, dobry seks… a jednak nie chce się w tych wakacjach brać udziału. Ich atmosfera odraża. W miarę jak rozwijała się fabuła miałam, mniej więcej co 8 minut, poczucie, że na miejscu głównej bohaterki – spakowałabym się i uciekła. Swoją drogą to interesujące, że tak niewiele trzeba, żeby mnie odstraszyć. Ona trwała, jakby prowokując wyłanianie kolejnych upiorów drzemiących w swojej „drugiej połowie”. Polecam, nawet jeśli powyższe wydaje się być niejasne. To ciekawe, że pozory tak często mylą.
środa, 01 września 2010
Ciepłe jesienne kolory, żółte szeleszczące trawy, silny wiatr i wszechobecna cisza panująca w filmie „Nic osobistego” przywołały w mojej pamięci atmosferę Bieszczadów po sezonie. Młoda dziewczyna porzuca codzienność i rusza, chciałoby się powiedzieć, w świat. Nie bacząc na deszcz, głód, totalny brak czegokolwiek, wędruje w ciszy i samotności. Aż natrafia na samotny dom, z nieobecnym lokatorem. Początkowo zabawne rąbki relacji zamieniają się w niezwykłą historię bogato zdobioną emocjami. A odpowiadając na moje „ulubione” pytanie – o przyjaźni, o ludzkiej naturze dążenia do życia w grupie. Jednak tak najbardziej to film o bólu, jaki zadaje nam samotność – taka codzienna i ta świąteczna, która gra na zakurzonych, pustych kieliszkach do wina. Urszula Antoniak przygotowała dla widza ciepłą, oryginalną opowieść. Polecam.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytam, bo lubię
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||